Ulga i tęsknota naraz. Tak działa przeprowadzka.

Dlaczego po kilku miesiącach życia na emigracji albo zakochujemy się w nowym kraju, albo zaczynamy tęsknić za domem? I dlaczego często obie wersje pojawiają się tego samego dnia?

Znajoma scena: ktoś stoi w kolejce w urzędzie, od godziny przewija telefon i nagle pisze do przyjaciela: „Boże, jak dobrze, że wyjechałem, tam bym po prostu zwariował”. A wieczorem tego samego dnia, kończąc kolację w samotności, ta sama osoba myśli: „A w domu wszyscy siedzieliby teraz przy jednym stole”. Nie ma tu żadnej sprzeczności. To nie zmiana nastroju ani słabość charakteru. To zjawisko rozszczepienia, które dotyczy każdego, kto kiedykolwiek spakował walizkę i wyjechał żyć do innego kraju.

Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wiosną 2026 roku w Polsce legalnie przebywało około dwóch milionów cudzoziemców, czyli ponad 5% ludności. Najliczniejszą grupą są Ukraińcy: około 1,55 mln osób, z czego około 960 tysięcy korzysta z ochrony czasowej, a w systemie PESEL-UKR od początku wojny zarejestrowało się prawie 1,9 mln osób. Drugą co do liczebności grupą są Białorusini. Według danych oficjalnych to około 139 tysięcy osób z ważnymi dokumentami. Według szacunków GUS, opartych na „śladach życia” w rejestrach państwowych, jest ich już około 179 tysięcy, o 5% więcej niż rok wcześniej. Nie mówimy więc o garstce szczególnie wrażliwych osób. To doświadczenie, przez które w jednym kraju przechodzą równolegle setki tysięcy ludzi.

Skąd bierze się to rozdwojenie

Ten mechanizm ma swoją nazwę: psychologowie nazywają go rozszczepieniem. Do psychoanalizy wprowadziła go Melanie Klein. Gdy psychice jest zbyt trudno utrzymać jednocześnie dwa uczucia wobec tego samego obiektu (na przykład tęsknotę i ulgę wobec kraju, z którego się wyjechało), nie wytrzymuje tej mieszanki i „rozłupuje” obiekt na dwie części. Jedna połowa staje się idealna, druga wyłącznie zła.

Według środowisk psychologicznych przeprowadzka do innego kraju od dawna stawiana jest pod względem siły stresu na równi z rozwodem czy utratą pracy. Mózg, któremu podsuwa się zmianę na taką skalę, nie potrafi pomieścić naraz tęsknoty, ulgi, złości i nadziei. To za dużo jak na jeden system jednego człowieka. Mózg idzie więc na skróty według najstarszego scenariusza, jaki zna: dzieli świat na „dobre” i „złe” i przykleja etykietę każdej z połówek. Z rzeczywistością ma to dość luźny związek. Ma za to bardzo bezpośredni związek z tym, jak nie do zniesienia byłoby noszenie w sobie całej złożoności tego obrazu naraz.

Wyjazd z wyboru czy z konieczności: inny punkt startu, ten sam mechanizm

To, w którą stronę wychyli się wahadło, często zależy nie od charakteru czy temperamentu, lecz od okoliczności wyjazdu.

Kto latami pakował walizkę, ważył decyzję i planował, temu z czasem naturalnie wygodniej jest widzieć opuszczone miejsce w samych czarnych barwach. Przyznanie, że było tam jednak coś wartościowego, oznaczałoby zachwianie własnej decyzji. O wiele spokojniej jest, gdy wybór pozostaje bezwzględnie słuszny, bez żadnego „ale”.

Kto zaś wyjeżdżał nie z wyboru, lecz dlatego, że nie było innego wyjścia (wojna, prześladowania, rozpad wszystkiego, co znane), często robi odwrotnie: zamraża opuszczone miejsce w idealnej, nienaruszonej wersji. Jakby gdzieś tam czas się zatrzymał i wszystko czekało w nienaruszonym stanie. Czasem to jedyny sposób, by poczuć, że choć coś w życiu wciąż jest całe, gdy wszystko inne rozpadło się na kawałki.

Różne historie, ten sam mechanizm: psychika potrzebuje choć jednego stałego punktu, żeby nie dźwigać wszystkiego naraz.

Podobną logikę opisuje klasyczny dla psychologii migracji model adaptacji w kształcie litery U. Zaproponowali go w połowie ubiegłego wieku badacze Sverre Lysgaard i Kalervo Oberg i od tamtej pory pozostaje jednym z najczęściej cytowanych w środowisku akademickim. Najpierw przychodzi faza „miesiąca miodowego”: wszystko jest nowe i ciekawe, są siły i ciekawość. Potem następuje gwałtowny spadek: irytacja, zmęczenie obcym językiem, tęsknota za drobiazgami, których w domu nawet się nie zauważało. Właśnie w tym dołku rodzi się spór „tu kontra tam”. Później przychodzi stopniowy wzrost i powolne zadomowienie, coraz mniej powodów do paniki z byle powodu. Wreszcie plateau, na którym nowy kraj przestaje być polem bitwy i staje się po prostu miejscem, w którym się żyje.

Kiedy to przestaje pomagać

Na początku rozszczepienie działa jak środek przeciwbólowy. Niczego nie leczy, ale łagodzi nieznośne poczucie chaosu. Mówiąc prościej, zamiast dziesięciu sprzecznych uczuć człowiekowi zostaje jedno zrozumiałe stanowisko, którego można się trzymać. W pierwszych miesiącach to naprawdę ratuje.

Problem zaczyna się, gdy środek przeciwbólowy zamienia się w nawyk na lata. Wewnętrzny spór „gdzie jest lepiej, tu czy tam” jest wygodny właśnie dlatego, że nigdy nie będzie miał końca. Miejsca można porównywać w nieskończoność, znajdować nowe argumenty, zmieniać stronę i wracać do punktu wyjścia. Dopóki ten spór trwa, nie trzeba odpowiadać na pytanie o wiele bardziej niewygodne. To pytanie nie brzmi, który z dwóch krajów wygra w wyścigu „dobre – złe”. Brzmi: kim możesz być tu i teraz, z tym, co masz w rękach.

O geografii można dyskutować bez końca. Siebie w tej geografii i tak trzeba poskładać na nowo. Żaden, nawet najbardziej przekonujący argument na rzecz „tam było lepiej” czy „tu jest zdecydowanie lepiej” nie wykona tej pracy za człowieka.

Co z tym zrobić

Jeśli łapiesz się na tym, że codziennie w myślach odtwarzasz ten sam pojedynek „tu kontra tam”, to jest to standardowy etap adaptacji. Przechodzą przez niego w tej chwili równolegle setki tysięcy ludzi w samej tylko Polsce. Po prostu każdy przeżywa go jak osobisty dramat, a nie jak rubrykę w statystyce.

I tu kryje się chyba najważniejsza wskazówka. Rozszczepienie nie ustępuje wtedy, gdy człowiek logicznie przekona sam siebie, że „w rzeczywistości wszystko jest bardziej złożone”. Słabnie, gdy obok pojawia się ktoś, z kim można na głos wypowiedzieć obie połowy naraz, i tęsknotę, i ulgę, bez wybierania jednej strony. Może to być terapeuta specjalizujący się w stresie migracyjnym. A może po prostu grupa osób, które przeżyły ten sam etap adaptacji lub przeżywają go właśnie teraz.

Z czasem, gdy pojawia się oparcie, które pozwala utrzymać w głowie nie jedną uproszczoną wersję rzeczywistości, lecz kilka naraz, ten rozłam zwykle sam słabnie. Wtedy na pierwszy plan wraca ciekawsze pytanie: kim chcesz być, niezależnie od tego, co jest wpisane w rubryce „adres”.

Źródła:

Urząd do Spraw Cudzoziemców: Statystyki migracyjne (ogólne dane o cudzoziemcach w Polsce)
Urząd do Spraw Cudzoziemców: Białorusini w Polsce, aktualne dane statystyczne
Urząd do Spraw Cudzoziemców: Obywatele Ukrainy w Polsce, aktualne dane migracyjne
GazetaPrawna: GUS zbadał „ślady życia”: ilu naprawdę mieszka w Polsce (metodologia szacunków liczby Białorusinów)
Wikipedia (PL): Adaptacja kulturowa, model fazowy Kalervo Oberga (miesiąc miodowy → szok kulturowy → adaptacja)

Przewijanie do góry